Samochody autonomiczne – czy mentalnie jesteśmy gotowi?

Wiele razy na łamach naszego portalu pisaliśmy, że carsharing jest jedynie etapem przejściowym, w drodze od samochodów prywatnych, prowadzonych samodzielnie na pojazdy autonomiczne. Samojezdne pojazdy połączą idee wynajmu samochodu oraz taksówki, przez co w takiej formie, posiadanie pojazdu na własność będzie miało niewiele sensu, szczególnie gdy przejazd takim pojazdem będzie realnie tańszy niż posiadanie samochodu na wyłączność.

Na ten moment jednak pojazdy autonomiczne, które mają zrewolucjonizować transport indywidualny oraz zbiorowy, to nadal przyszłość, ale coraz mniej odległa. Niemal każdy koncern samochodowy na świecie pracuje nad własnym projektem pojazdów samojezdnych, a już we współcześnie produkowanych autach znajdziemy coraz więcej elementów, które zwiastują nową erę mobilności, gdzie żywy kierowca nie już będzie niezbędny.

Samochody z trzecim poziomem automatyzacji występują już w ruchu ulicznym (np. Honda Legend Hybrid EX w Japonii), a pojazdy z poziomem 4 i 5 są testowane w warunkach zamkniętych. Oczywiście sam pojazd samojezdny to nie wszystko i potrzebna jest również odpowiednia infrastruktura wspomagająca, ale pojawienie się w pełni autonomicznych samochodów na ulicach, w pierwszej kolejności w krajach o wysokim poziomie rozwoju technologicznego, to tylko kwestia czasu.

Oczywiście aby pełna autonomia weszła do powszechnego użytku, niezbędne są odpowiednie przepisy i oczywiście gruntowne testy, aby zapewnić bezpieczeństwo przewożonym pasażerom, ale również osobom w otoczeniu poruszającego się pojazdu. Bo bezpieczeństwo to absolutny warunek ale też główny powód rewolucji w zakresie mobilności, ponieważ od czasu powstania pierwszych automobili, wypadki samochodowe to znaczące źródło śmiertelności na świecie. Technologia i legislacja to jednak nie jedyne bariery, które muszą zostać pokonane, aby autonomiczne pojazdy mogły zagościć na ulicach, przynajmniej w naszym kraju, bowiem jak się okazuje, należy wziąć pod uwagę również potencjalną barierę mentalną.

Inspiracją do napisania dzisiejszego artykułu był materiał, który pojawił się na jednym z popularniejszych portali w polskim internecie i opisywał innowację, nad którą pracuje Ford. Opisywana, nowa funkcja to automatyczne spowolnienie pojazdu do prędkości 30 km/h w określonych miejscach, gdzie obowiązuje takie właśnie ograniczenie. Oczywistym jest, że projekt Forda stworzony został z myślą o poprawie bezpieczeństwa ruchu drogowego, szczególnie w miejscach, w których każdego kierowcę obowiązują najniższe ograniczenia prędkości, które z kolei ustawiane są w miejscach wymagających szczególnej ostrożności, jak np. okolice szkód i przedszkoli. Okazuje się jednak, że dla dużej części komentatorów, którzy zapewne są czynnymi kierowcami jeżdżącymi po polskich drogach, takie rozwiązania to… atak na swobody obywatelskie. Jak widać na załączonej grafice, która ilustruje dzisiejszy materiał, bezpieczeństwo ruchu drogowego i rozwiązania wspomagające kierowcę w przestrzeganiu przepisów, to „elektroniczny bzdet” czy „chory wymysł, chorych ludzi”. Odważne opinie w kraju, w którym 2 tysiące osób rocznie ginie w wypadkach samochodowych, co daje pozycję na szarym końcu w tej czarnej, unijnej statystyce w której nieznacznie wyprzedzają nas wyłącznie Bułgarzy i Rumuni. Oczywiście nie bez znaczenia ma tutaj wiek i stan technicznych samochodów jeżdżących w naszym kraju jak również w krajach „nowej Unii”, jednak jak widać niezależnie od wieku pojazdu Polak chciałby sam decydować o prędkości i stylu swojej jazdy, co jak podają statystyki wychodzi nam marnie.

Co ciekawe, podobnie krytyczne i równie absurdalne komentarze towarzyszyły niedawnym doniesieniom od marki Volvo, która ogłosiła fabryczne ograniczenie prędkości w nowo produkowanych samochodach do poziomu 180 km/h. Jeśli ktoś nie mieszka w Niemczech albo nie jeździ często po tamtejszych autostradach, bez ograniczeń prędkości, które są „ziemią obiecaną” dla wszelkiej maści „szybkich ale bezpiecznych” kierowców, to ograniczenia wprowadzone przez Volvo, nie powinny mieć znaczenia dla polskiego kierowcy szwedzkiego samochodu. Jak pokazały opinie, znaczenie miały duże, chociaż zważywszy na to, że marka Volvo nie cierpi w Polsce na brak zainteresowania jej produktami, można zaryzykować twierdzenie, że najbardziej oburzone ograniczeniami są osoby z poza grupy docelowej dla nowych samochodów pochodzącej ze Szwecji marki.

Wśród ekspertów od autonomii transportu mówi się, że najbardziej nieprzewidywalnym, a co za tym idzie, niebezpiecznym elementem samochodu jest kierowca, co też potwierdzają dane odnośnie zdarzeń drogowych. Wypadki powodowane usterką techniczną są marginesem całości, w której prym wiodą błędy kierowców, często poprzedzone nadmierną prędkością i brawurą, czego niestety również często ofiarami padają osoby jadące przepisowo innym pojazdem, bądź osoby piesze. Działania nastawione na minimalizowanie błędów kierowców traktowane są z dystansem i odbierane jako ograniczanie swobód, na dodatek w obszarze szczególnie umiłowanym przez Polaków, o czym świadczy wysoki poziom zmotoryzowania naszych rodaków. Zamiłowanie do samochodów można oczywiście zrozumieć, podobnie jak w pewnym stopniu, podobnie jak obawę przed pojazdami autonomicznymi, które „zabiorą radość z jazdy”. Dla walki z bezpieczeństwem ruchu drogowego nie może być jednak miejsca, bo to jak do tej kwestii podchodzimy jest testem na dojrzałość społeczeństwa. Dlatego też wszelkie rozwiązania, które to bezpieczeństwo zwiększają, jak choćby nowy systemu od Forda, powinien nie podlegać jakiejkolwiek dyskusji. Chociaż rzeczywistość może tutaj okazać się bezlitosna, a co za tym idzie proces wprowadzania pojazdów autonomicznych do ekosystemu mobilności będzie miał obok legislacji i technologii jeszcze jedno, kto wie, czy nie najpoważniejsze wyzwanie.

 

Udostępnij przez :

Dodaj komentarz